29 sierpnia 2018

Czy warto podejmować ryzykowne decyzje?


Dzisiejszy post będzie pewnego rodzaju nawiązaniem do moich przemyśleń, którymi się z Wami dzieliłam ostatnio na instagramie (jeśli ktoś przeoczył zajrzyjcie - tutaj). Mój pierwszy post dotyczący wyjazdu do Australii pobijał rekordy wyświetleń, to samo miało miejsce przy wpisie o pracy jako stewardesa. Zasypaliście moją skrzynkę wiadomościami i widzę, że wiele z moich „dużych” decyzji Was dziwi. I wiecie co? Mnie też one zaskakują, i dobrze, bo to sprawia, że się nie nudzę. Mimo, że lubię mieć plan, nie trzymam się go kurczowo kiedy los stawia na mojej drodze nowe możliwości. Niektóre odważne decyzje są często sprawdzianem dla samej siebie.
Kiedy dostałam zaproszenie od Samsonite do współpracy przy kampanii GenerationGo, pomyślałam, że to jest dokładnie to co mnie określa. Jestem pełna podziwu patrząc na inne kobiety, które motywują mnie do odważnych posunięć, do odkrywania świata i samej siebie. Bo podróże to nie tylko zwiedzanie nowego miejsca, to wycieczka w głąb swojej osobowości, poznawanie nowych ludzi, oraz ludzi nam bliskich z zupełnie innej strony. To odkrywanie nowych kultur, smaków, natury. 
Praca jaką sobie wybrałam jeszcze bardziej zbliżyła mnie do robienia tego co kocham. Oczywiście bycie stewardesą to nie są same podróże, ale daje to możliwość odwiedzania wielu pięknych miejsc. Co ekscytującego czeka mnie we wrześniu? Na rozgrzewkę Chorwacja. Ten wyjazd to moje małe wakacje, więc tym razem mundur zostaje w domu. Mam nadzieję, że spotkam tam jeszcze odrobinę lata, które powoli od nas ucieka. Zaraz po powrocie czeka mnie podróż do Nowego Jorku. Już nie mogę się doczekać! Ten lot będzie dla mnie szczególnie ekscytujący, ponieważ będzie to mój pierwszy raz w Ameryce, a ponadto pierwszy atlantycki lot, w którym lecę jako załoga. 
Chciałabym, żeby coraz więcej osób podążało za swoim sercem i intuicją. Czasami ryzykowne decyzje są tymi najlepszymi i to one doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem teraz. Więc nie bójmy się wyzwań!
Go Inspire - inspiruj innych i samą siebie, odkrywaj świat i dziel się tym z innymi.
Go Motivated - nie bój się działać i dążyć do tego co Cię uszczęśliwia, daj z siebie wszystko.
Go With all your heart - podążaj za tym co podpowiada Ci serce, nie bój się mu zaufać.
Jeszcze kilka lat temu nie uwierzyłabym gdyby ktoś mi powiedział, że będę mieszkać w Australii, że będę pracować jako stewardesa, że moje love story będzie szalone niczym z romantycznego filmu itd. Ciekawa jestem jak bardzo byłabym zaskoczona w tym momencie gdybym usłyszała jak będzie wyglądać moje życie za kilka kolejnych lat. Jestem pewna, że jeszcze wiele się zmieni.







Stylizacja 1: walizka + torba na laptopa - Samsonite | top - Mango | spodnie - F&F | buty - Renee | zegarek - DW

Stylizacja 2: walizka + torba na laptopa - Samsonite | kombinezon - Zaful | buty - Renee

4 lutego 2018

Sekret Australijskiej opalenizny


Myśląc o Australii zawsze miałam gdzieś w głowie obraz słoecznych dni i pięknie opalonych ciał w bikini. Jakim zaskoczeniem dla mnie było odkrycie, że opalanie natryskowe oraz produkty opalające są tu tak popularne. Wydawało mi się to wręcz nielogiczne, tyle słońca i sztuczna opalenizna? W drogeriach półki aż się uginają pod produktami opalającymi i kremami z bardzo wysokim filtrem. Większość marek jest Australijska. Na początku nie mogłam tego pojąć. 
Słońce w Australii jest o wiele silniejsze niż w Europie i o poparzenia nietrudno nawet kiedy wydaje się, że jest na to za zimno. Od najmłodszych lat uczy się tutaj jak niebezpieczne jest słońce i jak ważna jest ochrona przed nim. Kilka razy usłyszałam żebym się nie opalała bo będę mieć raka skóry. Znając Europejskie słońce wydawało mi się to mocną przesadą. 
Pewnego chłodnego dnia czekałam na kolegę siedząc w słońcu. Był początek wiosny, żałowałam, że nie mam na sobie nic cieplejszego od cienkiego sweterka. Wróciłam dość zmarznięta do domu i ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam, że moja szyja jest czerwona, opalona niczym po kilku godzinnym wylegiwaniu się latem na plaży. Wtedy zrozumiałam, że promieniowanie w Australii jest dość poważne i bez filtra lepiej nie wychodzić z domu nawet jeśli pozornie pogoda nie sprzyja poparzeniom.
Kolejny raz poszłam z koleżanką na plażę, tym razem przygotowana z kremem z filtrem. Nie wiem jak to się stało, ale pominęłam środek pleców. Spaliły się na czerwono, dosłownie było można zobaczyć na mojej skórze odcisk mojej dłoni, tak jak próbowałam nałożyć krem. Innym razem przy dokładaniu kremu pominęłam nos. Było to przed świętami Bożego Narodzenia, z powodzeniem mogłabym grać Rudolfa z jakimś przedstawieniu i nie potrzebowałabym specjalnie się przebierać. Moja skóra dosłownie pękała i męczyłam się z własnym odbiciem w lustrze przynajmniej tydzień. Nic przyjemnego.
Po tych przygodach jestem dużo ostrożniejsza i naprawdę widzę sens sztucznej opalenizny. Nigdy nie byłam jej wielką fanką, ale mając na uwadze jak niebezpieczne jest słońce w Australii musiałam trochę zmienić swoje podejście. W Polsce kiedy miałam wesele czy inną uroczystość po prostu szłam na solarium dwa razy i efekt muśnięcia słońcem gotowy. Nie znajdziecie takich miejsc  w Australii i pewnie dobrze. Teraz już wiem, że sekret idealnie opalonej skóry Australijek to nie słoneczna pogoda a cały szereg produktów opalających na sklepowych półkach.


26 stycznia 2018

Jak szybko wynająć mieszkanie w Australii


Z dzisiejszym wpisem wracam do tematu Australii. Pytacie o to najczęściej, więc zakładam, że ta tematyka bardzo Was interesuje. Dostałam bardzo dużo pytań dotyczących poszukiwań mieszkania. Pamiętam jak bardzo byłam zestresowana przed wyjazdem, że nie znajdę w porę miejsca dla siebie. Jak kiedyś wspominałam, wynajęłam pokój już drugiego dnia po wylądowaniu, więc postanowiłam podzielić się z Wami swoimi doświadczeniami i wskazówkami. Wynajęcie pokoju jest stosunkowo łatwe i nie trzeba się martwić czy jest to początek miesiąca czy też środek. W Polsce byłam przyzwyczajona do wynajmowania od początku miesiąca i opłatach co miesiąc. W Australii zazwyczaj płaci się co tydzień (lub co dwa, ale cena podawana jest od tygodnia). Ceny są bardzo zróżnicowane pod względem lokalizacji i standardu, powinniście się nastawić na cenę ok 200 - 250$ za tydzień plus co jakiś czas opłaty. Już przed przylotem powinniście przeglądać oferty i wysyłać wiadomości. W ten sposób bardzo szybko zorientujecie się jakie są ceny w danej dzielnicy i na jaki standard możecie liczyć. Ogłoszeń można szukać na różnych stronach, ja bardzo polecam flatmates.com.au. Możecie tam założyć swój profil i opisać czego poszukujecie. Znajdziecie też na tej stronie wiele praktycznych wskazówek na temat wynajmowania, kaucji, są tam też linki do innych stron z wynajmem. Wspomniałam, że warto pisać wiadomości wcześniej, ponieważ osoby ogłaszające pokoje muszą mieć płatne konto aby odczytać wiadomości i czasem dostają je z opóźnieniem. W moim przypadku napisałam wiadomość kilka dni przed wylotem, dostałam odpowiedź pierwszego dnia po przylocie, tego samego dnia pojechałam zobaczyć mieszkanie, a następnego się wprowadziłam. Oczywiście nie możecie się nastawiać, że pokój wynajmiecie od pierwszego dnia, więc proponowałabym Wam na początek zarezerwować pokój na booking.com (moje ostatnie miesiące w Australii pracowałam w hotelu, z doświadczenia wiem, że cenny na booking są znacznie niższe niż bezpośrednio w hotelu) lub Airbnb. Myślę, że bezpieczny czas na znalezienie pokoju w Australii to tydzień i na taki czas proponowałabym Wam zarezerwowanie lokum tymczasowego. Jeśli tak jak ja wybieracie się na wizie studenckiej, wiele uczelni oferuje wynajęcie pokoju w czymś w rodzaju akademika. Osobiście nie polecałabym Wam tej opcji na dłuższą metę, ponieważ cena jest dość wysoka jak na oferowane warunki i na pewno znajdziecie coś lepszego na własną rękę. Niestety wynajęcie całego mieszkania przez osobę, które dopiero przyjechała do Australii graniczy z cudem. Jeśli jesteście zainteresowani jak wyglądają poszukiwania, wynajem i z czym to się wiążę piszcie w komentarzach.Mam nadzieję, że moje wskazówki Wam pomogą!

18 maja 2017

Dlaczego postanowiłam wyjechać do Australii


Jak już wspominałam w poprzednich postach, wyjazd do Australii nie był nigdy moim planem. Skłaniałam się do kupna mieszkania w Warszawie i budowania tam swojej kariery. Moja historia udowadnia, że jeden wieczór potrafi zmienić wszystko. 
Zaczynając od początku, deszczowe wieczory spędzałam ze swoją współlokatorką przeglądając tindera. I tak, wiem, że brzmi to głupio i podchodziłam do tej aplikacji bardzo sceptycznie, ale z perspektywy czasu przyznaję, że poznanie kogoś wyjątkowego jest tam całkiem możliwe. 
Jednego z wieczorów dostałam wiadomość od nieznajomego obcokrajowca „Dlaczego nie masz cienia na ostatnim zdjęciu?”. Pomyślałam, że jest walnięty, ale odpisałam „prawdopodobnie dlatego, że jestem duchem”. Głupie pytanie - głupia odpowiedź, czy tak? Zaczęliśmy jednak rozmawiać, pytał co warto zobaczyć w Warszawie, o jedzenie, imprezy itp. Standardowe pytania turysty w noym miejscu. Zapytał czy nie chciałabym się z nim spotkać. Początkowo nie miałam na to ochoty, pogoda była paskudna a ja nie miałam chęci na jakieś przelotne znajomości. Dodał, że podróżuje sam po europie i chciałby poznać kogoś miejscowego i w tym momencie obudziła się we mnie polska gościnność i poniekąd chęć poćwiczenia angielskiego. Umówiliśmy się na „jednego drinka”, w efekcie spędziliśmy razem wiele godzin. 
Następnego dnia on wyjechał do Berlina, ale już kilka dni później spotkaliśmy się w Belgii i spędziliśmy tydzień w malowniczej Brugii (post o Brugii - tutaj). Wtedy jeszcze nie spodziewałam się, że ta znajomość skłoni mnie do wyjazdu do Australii. Warto dodać, że nie jestem osobą, która szybko przywiązuje się do ludzi. Zazwyczaj jestem zaknięta w sobie i mocno zdystansowana dla nowych osób. Tym bardziej niwzwykłe było dla mnie jak się czułam kiedy czekaliśmy na stacji kolejowej na jego pociąg do Francji. Było mi niesamowicie smutno, że nadszedł czas pożegnania i bardzo chciałam wierzyć, że jeszcze się spotkamy. Nie oczekiwałam, że będziemy utrzymywać jakikolwiek kontakt, ale pisaliśmy do siebie codziennie. 
Moja uczelnia organizowała spotkanie „ucz się i pracuj w Australii” i uznałam, że pójdę się czegoś dowiedzieć. Kolejne tygodnie spędzałam na szukaniu informacji o Australii, o wizach, o życiu w Australii itd. Miałam duże wątpliwości czy oby napewno chcę takiej zmiany, bo przecież w Warszawie było mi całkiem wygodnie. Nie raz przechodziłam kryzys czy oby na pewno dobrze robię. Nawet nie wiem kiedy to zleciało, ale po siedmiu miesiącach codziennych rozmów wylądowałam w Australii. Nie jest idealnie, ale uważam, że było warto. 
Przypadkowe spotkanie zmieniło moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Jestem w Australii już siedem miesięcy. Wzbogaciłam się o wiele doświadczeń, ale co najważniejsze znalazłam swoją drugą połówkę. Taka relacja łączy się z wieloma kompromisami, dyskusjami i kłótniami spowodowanymi różnicami kulturowymi, ale to jest temat rzeka na oddzielny post.


Eng.
I have to admit that going to Australia has never been my plan. I was inclined to buy an apartment in Warsaw and build a career there. My story proves that one evening can change everything. 
Let’s start from the beginning. I had been spending rainy evenings checking out guys on tinder with my flatmate. And yes, I know it sounds stupid and I was very sceptical of this app but from my current perspective I admit it is possible to get to know someone special there. 
One evening I got a message from a foreign stranger: “Why don’t you have a shadow in the last picture?” I thought he was crazy but I wrote back to him “Probably because I’m a ghost”. Stupid question - stupid answer, right? We started to talk. He was asking what he should see in Warsaw, where to eat, where to party etc. Standard tourist questions from the tourists. At the beginning I didn't want to meet him because the weather was awful and I didn't want to lose my time for a passing friendship. He wrote that he was travelling around Europe alone and he would like to meet some locals. After that, the famous Polish hospitality emerged from me and it was also an excuse to practice my English. We were supposed to catch up for “one drink” but we ended up spending many hours together. 
The next day he went to Berlin but we met again after a few days to spend a week in picturesque Bruges in Belgium. I still didn't realise that could encourage me to move to Australia. It’s worth mentioning that I'm not normally a person who connects with people so quickly, as usually I'm very closed and reserved when meeting new people. That's why my feelings were very unexpected. When we were waiting for his train to France I felt extremely sad and I really wanted to believe that it's not the last time I would see him. I didn't want to say "goodbye". I didn't expect we would keep in contact, but we wrote to each other every day. 
By chance, shortly after I got back to Warsaw my university hosted a lecture called “Study and Work in Australia” and I decided to go and see if I can get some information. I spent the next couple of weeks researching about Australia, visas, and life in Australia. I had a pretty fancy and comfortable life in Warsaw so I had serious reservations about if I really wanted such a big change. I was not certain if it was a good decision so I had crisis moments sometimes. Time flies so fast and after seven months of everyday chats, I ended up in Australia. It's not perfect but I think it was worth it. 
One accidental meeting changed my life by one hundred and eighty degrees. I've been in Australia for seven months and I've gained many new life experiences but what is more important is I've found my other half. Relationships like this include many compromises, discussions and quarrels because of cultural differences but that is a subject for another post. 




23 kwietnia 2017

Jak wyjechać do Australii krok pierwszy - wiza


Jeśli kiedykolwiek będziecie planować wyjazd do Australii, pierwszą rzeczą nad jaką będzie się zastanawiać będzie wiza. Sama na początku nie miałam o tym pojęcia i samo szukanie informacji na ten temat przyprawiało mnie o ból głowy. Opiszę Wam po krótce moją historię i doświadczenia z tym związane. Być oże będzie to post dość chaotyczny, ale i cały proces jest niestety chaotyczny.

Gdy tylko zaczęłam się interesować Australią, na grupie mojej uczelni pojawił się post o spotkaniu "Ucz się i pracuj w Ausralii". Uznałam, że pójdę i dowiem się czegoś więcej. Chodziło o wizy studenckie. Była to agencja organizująca takie wyjazdy. Niestety nie mieli oni żadnego biura, więc byłam zmuszona do kontaktu telefonicznego i mailowego. Po kilku rozmowach otrzymałam maila z listą szkół w Sydney, mimo, że zależało mi na Melbourne. Szkoły w Australii są bardzo drogie, szczegolnie z perspektywy Polski, więc chciałam dobrze wybrać. Po pewnym czasie kobieta po prostu przestała odpisywać na moje maile i poszukiwania musiałam zacząć od nowa. 
Przeszukałam wiele blogów, vlogów, for aż w końcu natrafiłam na grupę "Polonia Melbourne" na facebooku. Nie musiałam długo szukać, ktoś polecał jedną z agencji z siedzibą w Warszawie. Nie zwlekając pojechałam do biura porozmawiać o wszystkich możliwych opcjach. Chociaż cały proces był dość długi i wymagał dostarczania mnóstwa dokumentów, to wybór szkoły był dla mnie najtrudniejszy. Muszę przyznać, że bez pomocy agencji nie dałabym sobie ze wszystkim rady i prawdopodobnie trwałoby to dwa razy dłużej. Przed aplikacją odwiedzicie wiele miejsc takich jak biuro notarialne czy tłumaczeń przysięgłych (i to nie raz).
Niedawno powstała platforma, która zrzesza międzynarodowych studentów w Australii i tam również można aplikować o wizę. Jest to bardzo proste i nie zajmuje dużo czasu. Bardzo bym chciała żeby ta strona istniała kiedy ja planowałam swój wyjazd. Poznałam kilka osób, które przyleciały w ten sposób i szczerze mówiąc jestem trochę zazdrosna, że było to dla nich tak proste. Aktualnie można się tam zalogować otrzymując zaproszenie od osoby, która już się tam udziela. Niedawno zaczełam dodawać tam swoje doświadczenia z Australii (jak tutaj), jeśli myślicie o wizie studenckiej i chcielibyście się tam zalogować, możecie napisać do mnie wiadomość na facebooku i będę mogła wysłać Wam takie zaproszenie :) Nie jest to żadnego rodzaju reklama, po prostu uważam, że ta strona jest dużym ułatwieniem i sama bym z niej skorzystała gdybym mogła.
Nie chce nikogo ani zachęcać ani zniechęcać do wizy studenckiej. Dla mnie była to najlepsza opcja, ponieważ zależało mi na czasie i wiedziałam, że chce dostać wizę na co najmniej rok. Ma ona swoje wady i zalety. Zdecydownym plusem jest to, że dość łatwo ją dostać, nawet jeśli nie znacie dobrze angielskiego możecie zdecydować się na kurs językowy (kursy językowe są najtańsze). Na takiej wizie można ze sobą zabrać członka rodziny lub partnera. Można na nią aplikować w każdym wieku i daje możliwość pobytu w zasadzie na jak długo potrzebujecie (oczywiście chodzi o czas nauki). Minusem jest to, że taka opcja jest droga, płacimy za wizę i za szkołe. Sporym minusem jest też to, że w trakcie trwania nauki legalnie można pracować tylko 20 godzin (podczas wakacji nie ma tego ograniczenia).
Jeśli planujecie wyjechać na rok i nie zależy Wam na czasie czy na szkole, dobrą opcją jest wiza work and holiday. Ja się na nią nie zdecydowałam, ponieważ aplikować można tylko raz w roku i jest jedynie 200 miejsc na Polskę. 
Są jescze inne wizy, ale nie interesowałam się nimi tak dogłębnie. Niestety żadna z moich umiejętności nie znajduje się na liście poszukiwanych zawodów. Możecie dowiedzieć się więcej na tej stronie - Skilled Independent visa.
Jeśli coś pominęłam i chcielibyście wiedzieć więcej dajcie mi znać w komentarzach lub prywatnych wiadomościach :)

21 lutego 2017

Romantyczna Brugia

Na wstępie muszę powiedzieć, że nie planowałam wpisu ze zdjęciami z Belgii. Cały wyjazd był na tyle spontaniczny, że nie było mowy o jakimkolwiek zaplanowaniu zwiedzania. Z perspektywy roku, bo byłam tam na początku marca ubiegłego roku, wiem, że ten niewinny wyjazd stał się początkiem wilkiej zmiany w moim życiu. Nie odpowiem Wam na pytanie co warto zobaczyć i gdzie dobrze zjeść, ale podziele się moim małym sentymentem do tego miejsca.
Brugia nigdy nie znajdowała się na mojej liście miejsc "must see". Jest to dość małe miasteczko i szczerze mówiąc nie wiedziałam zbyt dużo na jego temat. Mimo, że jestem zwolenniczką dużych, zatłoczonych miast, to miejsce skradło moje serce. Brugia jest wyjątkowo romantycznym miejscem, do tego bardzo spokojnym - trudno się tu nie zakochać! Mówią, że jest to Flamandzka Wenecja, kanały w całym mieście zdecydowanie dodają uroku. Każda uliczka jest magiczna, więc nawet jeśli zabłądzisz, a to bardziej niż pewne w tym miejscu, nie pożałujesz dodatkowych kliometrów spaceru. Znajdziesz tu wiele urokliwych kawiarni, kupisz słynne belgijskie czekoladki, przespacerujesz się pomiędzy wiatrakami, a wieczór spędzisz w pubie pijąc belgijskie piwo. Brzmi cudownie, a jest jeszcze lepiej. 
Minął rok, a decyzja o tej spontanicznej podróży była najlepszą jaką podjęłam w ubiegłym roku. To tutaj narodził się też pomysł przeprowadzki do Australii. Moja podróż obejmuję również jeden dzień w Brukseli, ale szczerze mówiąc nie mam za dużo do powiedzenia o tym miejscu, więc dodam tylko kilka zdjęć. Może niebawem uda mi się odwiedzić to miejsce ponownie podczas wizyty w Europie. 
Mam nadzieję, że zachęciłam Cię do odwiedzenia malowniczej Brugii :)











Bruksela:








ZapiszZapisz

26 października 2015

London sightseeing


Witajcie! Przychodzę do Was dzisiaj z ostatnią stylizacją z Londynu. Na pewno pojawią się jeszcze posty o organizacji takiego wyjazdu i mix zdjęć. W grudniu planuję jeszcze jedną podróż do tego pięknego miasta. Mimo, że tym razem będę krócej, mam nadzieję przywieźć kolejną porcję pięknych zdjęć i jeszcze lepsze wspomnienia. Powoli staram się rozplanować cały wyjazd, żeby nie stracić ani minuty i znów jak najwięcej zobaczyć :) 
Dzień, w którym robiłam te zdjęcia był mocno "chodzonym" dniem. Dużo zwiedzania od samego rana aż do późnego wieczora, stąd taki wygodny i nie rzucający się w oczy zestaw ;)

kurtka: zara
bluzka: oasap
spodnie: cubus
torebka: zara
botki: stradivarius
szalik: cubus








12 października 2015

Camden Town

Witajcie! Camden Town to dzielnica, która wyróżnia się na tle reszty Londynu. Ta okolica szczególnie mi się spodobała i bardzo żałuję, że zabrakło czasu żeby wrócić tam za dnia. Camden Town ma swój specyficzny, alternatywny klimat, który zapewne nie każdemu przypadnie do gustu. Skóry, glany, punki są tutaj na porządku dziennym. Fasady budynków na Camden High Street chyba są znane wszystkim. Ozdoby wystające z nad licznych sklepów czy studiów tatuażu są bardzo charakterystyczne. Oprócz sklepików znajdziecie tam liczne budki z jedzeniem z całego świata, vintage shopy, miejsca koncertowe i puby. Osobiście bardzo podobał mi się klimat w The World's End. Przyjemne wnętrze i muzyka wyjątkowo trafiająca w moje upodobania. 


kurtka: zara
bluza: primark
top: matalan
spodnie: primark
botki: stradivarius
plecak: primark






6 października 2015

Słoneczny Londyn

Witajcie! Dziś mam dla Was pierwszy post ze zdjęciami z Londynu. Czas ucieka tam niesamowicie szybko, nawet nie zauważyłam kiedy minęło te pięć dni. Niestety nie udało mi się zobaczyć wszystkich miejsc, które znalazły się na mojej liście, ale to z pewnością nie była moja ostatnia podróż do Londynu. 
W kolejnych wpisach, oprócz stylizacji możecie się spodziewać moich wskazówek odnośnie organizacji takiego wyjazdu. Post dotyczący Paryża spodobał się Wam tak bardzo, że postanowiłam stworzyć podobny na temat Londynu. Piszcie w komentarzach jeśli chcecie wiedzieć coś konkretnego odnośnie takiej wycieczki, będę wiedziała na czym się skupić tworząc nowe posty :)
Jak widzicie po zdjęciach, Londyn przywitał mnie pięknym słońcem, które towarzyszyło mi do końca wyjazdu. Jakoś nie jest mi szczególnie przykro, że ominęła mnie typowa angielska pogoda ;) Dzień był na tyle ciepły, że nie potrzebowałam kurtki, chłodno robiło się dopiero pod wieczór. Na snapchacie mówiłam Wam, że nie jestem przekonana co do tej sukienki, jednak w połączeniu z paskiem jest dla mnie idealna na ciepłe dni. Muszę przyznać, że czułam się w niej doskonale! Myślę, że w połączeniu z botkami i skórzaną kurtką tworzy bardzo ładną całość. 
Udało mi się zrobić całkiem sporo ładnych zdjęć, więc będzie co oglądać. Jedne z moich ulubionych to te na moście Westminster z Big Benem w tle.











sukienka: zara | botki: stradivarius | kurtka: zara | szalik: primark | torebka: zara